Włodzimierz – ponieważ miałam ten przywilej, by zwracać się do Profesora po imieniu – pozostał w mojej pamięci jako człowiek na wskroś klarowny, jasny. Człowiek, który przeszedł przez życie, również przez czas wojennej i obozowej grozy, a jednak ocalił to, co w człowieku najcenniejsze. I nie tylko ocalił – potrafił później uczyć tej drogi innych, pokazywać, jak można się rozwijać, jak stawać się coraz bardziej człowiekiem.
Byłam wtedy młoda, ale udało nam się wspólnie zrealizować kilka dobrych projektów przeznaczonych dla równie i jeszcze młodszych. Jednym z nich były „Znaki miłości” – publikacja PZWL z 1987 roku oraz kaseta VHS z filmami edukacyjnymi dla młodzieży, poświęconymi relacjom, miłości i seksualności. To były rzeczy ważne, bo wyrastały z przekonania, że o sprawach trudnych można i trzeba mówić prawdziwie, jasno, bez lęku, a jednocześnie z szacunkiem dla człowieka.
Na tych wartościach – prawdzie, klarowności, czystości, relacji i otwartości na drugiego człowieka – wychowało się wiele pokoleń tak zwanych oazowiczów. Profesor, dzieląc się sobą, swoim doświadczeniem i swoim spojrzeniem na życie, doskonale wpisywał się w pedagogię „nowego człowieka” Sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego.
Profesor był także człowiekiem pełnym humoru, bardzo bezpośrednim w relacji, niestwarzającym dystansu, a jednocześnie pełnym powagi i profesjonalizmu. Potrafił połączyć te dwie rzeczywistości w sposób niezwykły. Człowiek w jego obecności czuł się zauważony, doceniony i – co dla mnie szczególnie ważne – bezpieczny.
Był też człowiekiem głębokiej wiary, ale była to wiara nienachalna, pełna troski o człowieka i umiejętności rozumienia jego trudności. Pamiętam, jak mówił, że lubi się spowiadać nie tylko z przewinień, ale także w czasie sakramentu dzielić się tym, co dobre – łaską Bożą, którą dostrzega w swoim życiu. Często dawał temu świadectwo tak zwyczajnie, wplatając je w spotkanie, rozmowę, relację.
Dzięki Niemu Bóg nie wydawał się kimś odległym, abstrakcyjnym, lecz Kimś bliskim, wspierającym i rozumiejącym, a jednocześnie ważnym, pięknym i rzeczywiście wszechmocnym.
Profesor pomógł wielu młodym osobom wykaraskać się z tak zwanych błędów młodości, z problemów, które ich przygniatały i odbierały chęć do życia, z sytuacji, w których spotykali się z potępieniem innych. Jego wiara w Boga, który jest miłosierny i mądry, pozwalała mu w taki sam sposób patrzeć na drugiego człowieka.
Dlatego właśnie w tamtych latach, a także do dziś, posługujemy się w Diakonii Życia Ruchu Światło-Życie określeniem: „Spotkać Boga w Tobie, człowieku”.
Ja w Profesorze Boga spotkałam. Ale najważniejsze jest to, jakiego Boga nam ukazywał i w jaki sposób to robił – przede wszystkim sobą, swoim życiem i swoim świadectwem. I chyba właśnie to najbardziej ukazuje Profesora jako człowieka, z którym było spotkanie z łaską. Nie ze świętością na pokaz, lecz z prawdziwością ludzkiego doświadczenia – z człowiekiem, który zmierzył się z najgłębszym złem, jakie może spotkać człowieka, a mimo to wyszedł z tego doświadczenia jako ktoś pełen miłosierdzia, zrozumienia, troski i bliskości.
To jest wielkie osiągnięcie.
Dziękuję Bogu, że przez tak wiele lat Włodzimierz był częścią także mojego życia. Że mogłam się od Niego uczyć – nie tylko tego, co powinnam wiedzieć i jak to przełożyć na praktykę życia i pracy, ale przede wszystkim jakim być człowiekiem i jak ufać Bogu.
Krystyna Aleksandra Dudzis











