Film "Epokowe przesłanie prof. Fijałkowskiego"
Film "Rozmowa z Małym Jasiem"
Film "Jako człowiek odmawiam"
Film "Włodzimierz Fijałkowski - wierny przysiędze Hipokratesa"
Film "Jakie kwiaty dla prof. Wł. Fijałkowskiego?"
Film dokumentalny - świadectwa

prof. ChazanWarszawa, dnia 6 października 2026 r.

Wspomnienie o Ś.P. Profesorze Włodzimierzu Fijałkowskim

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy spotkałem Ś.P. prof. Włodzimierza Fijałkowskiego. Mój przełożony w Instytucie Matki i Dziecka, Ś.P. prof. Michał Troszyński dobrze znał profesora W. Fijałkowskiego. Pracowałem razem z nimi w Krajowym Zespole Promocji Naturalnego Planowania Rodziny.

Kiedyś z okazji jakiegoś sympozjum w Łodzi byłem zaproszony przez prof. W. Fijałkowskiego do jego domu. Zobaczyłem miejsce skąd zwykł był wyruszać na swoje rowerowe wycieczki do Prawdy (nazwa wsi koło Łodzi). Wrażenie na mnie zrobiła skromność warunków, w których mieszkał, jego bezpośredniość, ale bez wylewności. Był uprzejmy, czasem sprawiał wrażenie nieśmiałego, mówił cicho, ale dobitnie. Zachowywał dystans, ale potrafił słuchać. Nie narzucał swojego zdania, nie tworzył konfliktów. Budził respekt, ale nikogo nie potępiał.  Swój punkt widzenia potrafił określać w prosty sposób, bez agresji, ale i bez przyjmowania postawy usprawiedliwiającej.

Pomimo trudności i wielu stwarzanych przez ludzi przeszkód nie wpadał w niechęć do nich czy rozżalenie na świat. Wierność poglądom nie oznaczała u niego poniżania tego, kto miał inne zdanie, czy czynnego sprzeciwu. Szukał raczej porozumienia na gruncie prawdy.

Nie był jednak koniunkturalistą, szedł zdecydowanie własną drogą niezależnie od okoliczności, odważnie mówił to, co myślał. Nie był konformistą, ale wydawał się być bezradny wobec chamstwa. Najbardziej charakteryzowały Profesora cztery cechy: pokora, prostota, skromność i łagodność. Zawsze nienagannie ubrany, pod krawatem, wyprostowany, uśmiechnięty, życzliwy dla innych. Wyglądał na młodszego, niż był naprawdę. Miał dobrą kondycję fizyczną, odmładzał go uśmiech i radość życia.

 Nie miał zwyczaju przekazywać swoich myśli za pośrednictwem środków masowej informacji, rzadko udzielał wywiadów. . Nie był typem „walczącym” i nie wydawał się przywiązywać dużego znaczenia do bieżącej polityki. Jeżeli nie podzielał czyichś poglądów – nie atakował go. Dyskretnie się dystansował. Ale szanował każdego człowieka.

Nie był płomiennym mówcą, chociaż jego wykłady były zawsze interesujące, ciepłe i dobrze przygotowane. Swoją osobowością skupiał na sobie uwagę słuchaczy, mówił cicho i wyraźnie. Budził podziw i uznanie swoją postawą, wiarygodnością, sposobem bycia, odnoszeniem się do innych. Przekonywał swoją postawą życiową. Zachwycał się tajemnicą ludzkiego bytu, potrafił mówić o ludzkiej egzystencji w sposób atrakcyjny i zrozumiały.

            Kochał przyrodę i czuł związek z naturą, czemu dawał wyraz w swoich książkach. We wszystkich formach turystyki, którą uprawiał (rowerowa, kajakowa, wspinaczki górskie), widoczne było jego pragnienie bycia blisko natury, afirmacji dla życia. Szczególnie lubił jazdę na rowerze. Pieszo pielgrzymował do Częstochowy.

            Jego ulubionym patronem był św. Franciszek z Asyżu. Był niewątpliwie człowiekiem z pasją. Był i zostanie wzorem, jak szanować godność kobiety, w tym matki i jej dziecka, naturalne procesy prokreacji i naturalne prawo. Był prawdziwym ucieleśnieniem „cywilizacji miłości”. Był jej odważnym świadkiem.

Profesor był niestrudzonym obrońcą życia, uważał to za swoje powołanie. Twardo bronił godności ludzkiego życia. Rozumiał lepiej niż wielu mu współczesnych, jakie ma to znaczenie. Sam łączył tę postawę z przeżyciami obozowymi. Jej źródłem były też z pewnością humanizm i głęboka wiara. Był zawsze przejrzysty i jednoznaczny w sprawie obrony życia nienarodzonych. Powtarzał, że nie wolno się w tej kwestii poddawać, zniechęcać, trzeba robić swoje.

           Postanowił w obozie koncentracyjnym, że jeżeli ocaleje, resztę swojego życia poświęci służbie życiu jako najwyższej wartości i będzie przekonywał świat i ludzi, że życie jest piękne, że nie można igrać z życiem ludzkim i człowiekiem. To później z pasją realizował, chociaż sam nie lubił słowa „pasja”. Wolał zamiast niego mówić „powinność”. Po wyrzuceniu z Akademii Medycznej jako swoją dewizę przyjął słowa wyryte nad wejściem do Teatru im. Jaracza w Łodzi: „I będę mocny jak to, co zdobędę”. Zmienił ją potem na inną: „ I będę mocny jak to, co potrafię stracić”. Mówił, że nie ma pomysłów na wybicie się, zaznaczenie się w czymś. Nie miał zakreślonego planu swojej działalności czy misji. Chciał na bieżąco odpowiadać na wyzwania. I czynił to. Zapytany jak dzieli życie na obowiązki i przyjemności odpowiadał, że wszystko jest powinnością. A intensywna praca była dla niego jednocześnie głębokim odprężeniem. Mówił, że rozstał się ze słowami „optymizm” i „pesymizm”. Zamiast nich proponował w pogłębiony sposób rozumiane „zawierzenie”.

Jak wspomniałem poprzednio, wyprzedzał swoją epokę. W latach komunizmu był jednym z nielicznych, którzy mieli odwagę mówić to, co myślą. Szedł, jak sam pisał „pod prąd” –najpierw oficjalnej doktryny komunistycznej, a potem liberalnej. Kiedy odbierał Krzyż Komandorski Orderu Św. Grzegorza Wielkiego powiedział, że aby płynąć pod prąd trzeba doskonale znać nurt, aby nie zboczyć z trasy i nie zgubić celu. Przede wszystkim zawsze dawał świadectwo swojej wiary. To z niej wszystko wypływało, brało swój początek. Stanowisko czy kariera naukowa były mało istotne.

Należy cenić jego zalecenie, by żyć chwilą obecną. Rozumiem to jako zachętę, by nie tracić czasu na rozpamiętywanie w różny sposób czasu przeszłego lub żyć nierealnymi planami na przyszłość; natomiast teraźniejszość, każdą chwilę wykorzystywać dla dobra swojego i bliźnich i za nią Bogu dziękować.

            Jego książki to naukowy wykład, lecz przede wszystkim emocjonalny, ale i racjonalny, podbudowany wiarą wywód odwołujący się również do rozumu.

Można się zastanowić, jak zachowywałby się w dzisiejszych czasach, gdyby żył. Z pewnością miałby więcej sojuszników. Nie czułby się tak samotny. Z pewnością uważałby w dalszym ciągu, że należy dążyć do obrony życia każdej istoty ludzkiej, także niepełnosprawnej czy poczętej w wyniku gwałtu. Jego koncepcja ekologii matczynego łona z pewnością byłaby w dzisiejszych czasach przyjęta z większym zrozumieniem.

Kiedy za odmowę wydania opinii wspierającej wykonanie aborcji w jednym ze szpitali zostałem przez organizacje feministyczne oskarżony w prokuraturze o „łamanie praw reprodukcyjnych kobiet”, odwołany z funkcji Krajowego Konsultanta i zawieszony w wykonywaniu obowiązków kierownika Kliniki Położnictwa i Ginekologii w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie, Profesor napisał do mnie list. Pisał, że dowiedział się z prasy o tej historii, że nie umie protestować i walczyć, ale mnie po ludzku wspiera i pociesza. Te słowa byłe dla mnie ogromnie ważne w tamtym trudnym czasie.

Innym razem radził mi w liście zachowywać się tak, by nie tracić kontaktu z myślącymi inaczej w sprawach obrony życia. Nie odkrywać się zbytnio, by poprzez ewentualną dymisję ze stanowiska nie stracić możliwości oddziaływania na bieżące sprawy. Radził, by starać się nie zgubić kontaktu ze środowiskiem kolegów profesorów niechętnych sprawie obrony życia; być wyważonym i powściągliwym. To nie oznacza, że połowicznym. Nie zabiegać o aplauz. Radził mi nie sięgać po „niewiędnący wieniec” – on przyjdzie sam we właściwym czasie. Bo, jak pisał do mnie: „Zapisano w księdze Koheleta: «Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod słońcem»”. Podobne stwierdzenie zawarł w wywiadzie z 1985r.: „Jeżeli zrobię do końca wszystko, co jest przewidziane, to nadejdzie czas na spotkanie z Bogiem”.

Bogdan Chazan